Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Zosia Stopkówna z Krzeptówek

Treść

W latach 30. była jedną z najlepszych polskich alpejek, oprócz Heleny Marusarzówny, o której pisaliśmy w wydaniu "DP" z 14 listopada br. Startowała w wielkich zawodach FIS 1929, 1939 w Zakopanem i w Innsbrucku oraz wielokrotnie w Czechosłowacji, jak również w kraju. Mowa o Zofii Stopce-Olesiak, alpejce z klubu SN PTT Zakopane. Pochodziła z Krzeptówek, urodziła się 31 października 1912 r. i była krwią z krwi podhalańskiej ziemi - wywodziła się bowiem z góralskiej, wielodzietnej rodziny Stopków-Olesiaków. Jej matką była Marianna, z domu Krzeptowska, a ojcem Wojciech. W domu było ośmioro dzieci - ojciec "fiakrował", a matka zajmowała się gospodarstwem. Dzieci pomagały w gospodarstwie, ale małą Zosię od wczesnych lat ciągnęło do narciarstwa. Wreszcie zapisała się do klubu SN PTT, w barwach którego startował wtedy z sukcesami jej wuj, Andrzej Krzeptowski II (znany biegacz narciarski, startował na ZIO 1928 r. w Saint Moritz). W końcu lat 20. Stopkówna znalazła się w kadrze polskich zawodniczek i zaczęła deptać po piętach dawnym mistrzyniom nart, Elżbiecie Ziętkiewiczowej i Janinie Loteczkowej. Specjalizowała się w konkurencjach alpejskich, ale także w biegach płaskich. Startowała w biegu pań na zawodach FIS w 1929 r. W rywalizacji kobiet, która nie należała wówczas do oficjalnego programu zawodów FIS wywalczyła 4. miejsce (wygrała wtedy zawodniczka zakopiańskiego "Sokoła" Bronisława Staszel-Polankówna, także z Krzeptówek). W tym okresie dużo też chodziła w góry i wspinała się m.in. z Bronisławem Czechem - z tamtego okresu pochodzi jej zdjęcie z Bronkiem na szczycie "honornego" szczytu, jakim jest Ganek (po wspinaczce) oraz inne fotografie z wycieczek narciarskich w tatrzańskim terenie. Brała też udział w próbie przejścia grani Tatr Wysokich. Najlepszy wynik w swojej sportowej karierze Stopkówna osiągnęła na zakopiańskim "Fisie" w 1939 r. Zawody rozpoczęły się 11 lutego na stadionie PZN od defilady... w strugach deszczu. Nasi reprezentanci, prowadzeni przez chorążego polskiej reprezentacji Stanisława Marusarza, prezentowali się świetnie w góralskich kapelusikach z piórkiem, granatowych marynarkach z naszywanym orzełkiem, spodniach narciarskich, zwężanych ku dołowi i rękawicach z napisem "FIS". Zosia stała w pierwszym rzędzie podczas ceremonii otwarcia zawodów, tuż obok Heleny Marusarzówny i innych koleżanek z kadry. Najpierw wzięła udział w biegu zjazdowym, którego start znajdował się ok. 150 m poniżej wierzchołka Kasprowego Wierchu, na słynnej, zarośniętej już dzisiaj trasie "FIS 2". Góralka z numerem "20" szybko mknęła po zalodzonej trasie i zajęła 19. miejsce. W slalomie, rozegranym w śnieżnej kurniawie w Suchym Żlebie na Kalatówkach, wypadła dużo lepiej i zajęła 8. miejsce (zwyciężczynią była Christl Cranz z Niemiec), a 9. była Maria Marusarz. W tych zawodach z powodu kontuzji ręki nie wystartowała Helena Marusarz. W kombinacji alpejskiej (punktacja na zjazd i za slalom) Zofia Stopkówna zajęła także 8. miejsce. Te dwa miejsca na MŚ FIS były jak na owe czasy bardzo dobrymi wynikami. Jeździła wyjątkowo ostro, a styl jej zjazdów i slalomów wspomina Józef Uznański, znany ratownik tatrzański, przed wojną uczestnik narciarskich mistrzostw Polski: - Z przedwojennych naszych narciarek i alpejek pamiętam, że właśnie Zosia i Helena Marusarzówna wyróżniały się bojowym stylem jazdy, jeździły niemalże "po męsku". Po zakończeniu II wojny światowej Zofia powróciła do narciarskich zawodów i startowała do lat 50. w Mistrzostwach Polski. Potem prowadziła z mężem Władysławem Gąsienicą-Marcinowskim z Gładkiego schronisko na Hali Goryczkowej (bufet turystyczny). W marcu 1956 r. wielka lawina śnieżna zeszła z Goryczkowej Czuby wprost na schronisko Marcinowskich i zmiotła je z powierzchni ziemi. Lawina zeszła wieczorem - zginęli wówczas małżeństwo Marcinowskich i trzech żołnierzy Wojsk Ochrony Pogranicza. O tej lawinie, tak opowiadał znany przewodnik i ratownik GOPR, Wojciech Wawrytko: - Jak długo sięga nasza pamięć, nie było takiej lawiny. Została spowodowana przez specyficzne warunki atmosferyczne. Na zlodowaciały śnieg spadło bardzo dużo zmrożonego puchu, który nie mógł związać się z podłożem. Gdy następnie zaczął padać mokry śnieg i przyszła odwilż, cała ta masa runęła w dół. Lawina poszła z Goryczkowej Czuby, przeleciała trasę FIS II, a następnie, porywając po drodze drzewa, przeszła przez lasy i uderzyła w schronisko. Tak zakończyło się życie Zofii Marcinowskiej, zawodniczki SN PTT, a na pamiątkę wielki żleb spadający z Czuby Goryczkowej nazywany jest "Żlebem Marcinowskich". WOJCIECH SZATKOWSKI "Dziennik Polski" 2007-11-28

Autor: wa